„Jeśli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?”
Masz 35 lat, satysfakcjonującą pracę, inteligentnego i przystojnego męża. Wszystko pięknie, ładnie, wyjaśnione na początku związku. Teraz, nigdy i w ogóle.
Cudownie tak być wolnym człowiekiem, korzystać z życia pełnymi garściami. Po jaką cholerę to wszystko komplikować? A jednak po kilku latach małżeństwa Ben (no tak, bo właśnie o Bena i Claudię się tu rozchodzi) pragnie zostać ojcem, mieć dziecko z żoną.
Jak każda książka Emily Giffin, tak i ta jest napisana piórem lekkim. Czyta się ją szybko i prawdopodobnie gdyby nie uciążliwa para w samolocie (nie używając wulgaryzmów), przeczytałabym ją z pewnością w większości na trasie Bristol - Rzeszów. Łatwa, ale przyjemna. Chociaż muszę przyznać, że pomimo obiecującego tytułu, książka traktuje bardziej o kryzysie małżeńskim oraz wątki towarzyszące.
Nie chciałabym oceniać Claudii, bo w końcu przed małżeństwem zawarta została umowa. Ale naprawdę nie sztuka jest tupnąć nóżką, obrazić się na cały świat i nie spróbować konfrontacji z innymi argumentami. Być dojrzałym w dzisiejszych czasach to ogromna sztuka.
Generalnie książka nie skłania do wzniosłych przemyśleń, czy wygłaszania kontrowersyjnych poglądów.
Koniec - przewidywalny do bólu.
Claudia i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Nie chcą mieć dzieci, realizują się w pracy i w życiu towarzyskim. Kiedy jednak w domu ich przyjaciół pojawia się niemowlę, w Benie coś pęka. Pragnie zostać ojcem. Jak w tej sytuacji zachowa się Claudia? Czy ich małżeństwo wytrzyma tę próbę?






